|
Wydział Kultury i Sztuki wraz z Sosnowieckim Centrum Sztuki – Zamek Sielecki rozpoczęli jubileuszowy rok Miasta mocnym akcentem – „Ogólnopolskim konkursem na plakat. 110–lecie Miasta Sosnowca”. Nabór prac trwał do 10 stycznia, a tuż po jego zakończeniu ruszyło wielkie głosowanie mieszkańców na najlepszą ich zdaniem pracę. Mieszkańcy na oficjalnym profilu UM na facebooku przez kolejnych 6 dni byli surowymi jurorami przyznając ostatecznie pracy Sonii Świeżawskiej z Akademii Sztuk Pięknych w Katowicach najwyższą liczbę głosów. Już wkrótce plakat ten będzie można oglądać w miejskich citylightach. Jury konkursowe, dysponujące pulą nagród 12.000 zł spotkało się natomiast 18 stycznia w składzie: Roman Kalarus – artysta grafik, profesor ASP w Katowicach jako przewodniczący Jury, Agnieszka Czechowska-Kopeć – Zastępca Prezydenta Miasta Sosnowca, Piotr Kossakowski – artysta malarz, absolwent ASP w Katowicach, Ewa Warchulińska-Dąbek – plastyk, absolwentka ASP w Krakowie oraz Paweł Dusza – Naczelnik Wydziału Kultury i Sztuki, architekt. Jury przyznało 3 nagrody oraz wyróżnienie spośród ponad 70 nadesłanych prac z całej Polski. Pierwszą nagrodę za pracę o godle 220596 (patrz: okładka Galeria Jednego Obrazu) oraz wyróżnienie dla autora o godle 220696 przyznano Magdalenie Wosik z Akademii Sztuk Pięknych im. Eugeniusza Gepperta we Wrocławiu. Drugą nagrodę przyznano Kamilowi Banachowi z poznańskiej Akademii Sztuk Pięknych za pracę o godle WNM139. Trzecia nagroda trafiła w ręce duetu plastycznego – Józef Madej oraz Katarzyna Sąsiadek z Politechniki Śląskiej, praca o godle 190386.
Prace nagrodzone wraz z innymi projektami, zauważonymi przez Jury w trakcie obrad, będą wykorzystane w publikacjach związanych z obchodami Miasta, na wystawie pokonkursowej, na wystawie „wielkomiejskiej” (11 najlepszych prac będzie eksponowanych w całym mieście na fasadach budynków) oraz innych wydarzeniach. a.g.
|
|
|
Jestem rozrzutna jeśli chodzi o kolor |
|
z Karoliną Kindler-Skowronek rozmawia toko
toko: Mimo, że jest Pani osoba młodą, ma Pani już na swym koncie spore osiągnięcia. Ale zacznijmy od początku, czyli od czego zaczęło się Pani zainteresowanie sztukami plastycznymi? Karolina Kindler-Skowronek: Wszystko zaczęło się od fascynacji fotografią. Chciałam pociągnąć krótką rodzinną tradycję i zająć się tym fachem. To zmusiło mnie do nauki rysunku i malarstwa, by móc dostać się na wystawiennictwo do dąbrowskiego liceum plastycznego. Pierwszym moim mistrzem i nauczycielem został Romek Chruściel. Przygotowywał mnie w klasyczny sposób. Rysowałam i malowałam. Przyszły egzaminy… i nie udało się. Dostałam się na Szkło. No i zaczęło się.
toko: Jesteśmy jeszcze przy nauce w liceum, prawda? K. K.-S.: Tak. Okres liceum był wstępem (bardzo dobrym) do nauki rzemiosła. Trzeba było przebrnąć przez wiele zagadnień, które czasami nudziły, utrudniały życie ale później przydały się w nauce. Obcowanie ze szkłem, projektowanie (najpierw nieudolne) a potem wykonywanie swoich pomysłów przez 5 lat zaciekawiło mnie na tyle, że postanowiłam to ciągnąć dalej. Dlatego też znalazłam się na wrocławskiej Akademii Sztuk Pięknych na Wydziale Szkła.
|
|
Więcej…
|
|
Normalnie, kurde, to było dobre! |
|
Piaskownica w TZ
W bieżącym sezonie teatralnym ledwie doszliśmy do półmetka a już drugi, współczesny polski dramat w naszym teatrze. Pięknie. A ma być jeszcze piękniej, bo przygotowywany jest trzeci spektakl z serii. Aby zaś nie było tak całkiem „po nowemu”, ma się naleźć też coś z klasyki. To już pewnie późną wiosną. W każdym razie Teatr Zagłębia nadrabia braki w korzystaniu z rodzimej, współczesnej dramaturgii. I bardzo dobrze, zwłaszcza, że „Piaskownicę” Michała Walczaka w reżyserii Jerzego Bielunasa należy uznać za przedstawienie nader udane. „Piaskownica” powstała już dość dawno (publikacja tekstu w „Dialogu” – rok 2002). Kilka teatrów odważnie sięgnęło po ów dramat, ale każde z tych przedstawień wydobyło inne, skryte w pozornie prostym tekście, treści. Na marginesie uwaga o języku dialogu w „Piaskownicy”. Dał mi, ten język, pretekst do tytułu – niech ci, których dziwi, pójdą do teatru, a dowiedzą się dlaczego. Przypomina mi też anegdotyczną historię opowiadaną niegdyś przez Melchiora Wańkowicza. Otóż opisał ów autor jak to żołnierz tłumaczył przygodnemu towarzyszowi podróży działanie armaty, przy pomocy jednego tylko czasownika. Opis był bardzo plastyczny, zrozumiały i… zabawny. Można więc językiem prostym, by nie rzec prymitywnym, przedstawić całkiem skomplikowane czynności i uczucia. Nasz kapral w niegdysiejszym LWP też używał wszystkiego około 50 wyrazów i dawał sobie radę. Pod piórem zdolnego autora wszystko jest możliwe. Dlatego też każdy z widzów pewnie widział w „Piaskownicy” coś innego. Dla jednych był to odwieczny konflikt płci i niemożność osiągnięcia pełnego wzajemnego zrozumienia między kobietą a mężczyzną. Żyją w innych światach, co już na poziomie zabaw w brudnym piachu staje się widoczne. I choć między nimi „iskrzy” i natura ich do siebie skłania, to jednak konflikt jest nieunikniony. Mnie wszelako bardziej interesował inny aspekt dramatu. To zmora naszych czasów, samotność w tłumie, świat kiczowatych seriali skutecznie zabijających chęć i zdolność do nawiązywania kontaktów z innymi (w domyśle, oglądającymi nie te seriale). „Ja się bawię sam!” – wykrzykuje Protazek, który wychowany na obrazkach nie potrzebuje bogatego języka, bo i po co? Możliwość wielu interpretacji to tylko chwała dla autora.
|
|
Więcej…
|
|
W czoraj był Dzień Babci, dziś ponoć Dzień Dziadka. Powoli ta „nowa, świecka tradycja” utrwala się w naszej świadomości, być może na trwałe. Słucham sobie w te na poły zimowe wieczory i popołudnia różnych audycji z okazji owych dni, oczywiście o dzieciach, wnukach i dziadkach. Daje nam się pod rozwagę przede wszystkim słodkie, kiczowate czasami obrazki, jak to owe dwa „słabe” pokolenia wzajem się kochają i wspierają, ale też w tej czy innej audycji zabrzmi niekiedy ton poważniejszy. Bo tak na co dzień przecież nie jest miło i słodko. Świat się zmienia i dąży chyba w szalonym tempie ku pajdokracji. Nie miałbym nic przeciwko temu, gdyby umacniający się na tronie suweren przeszedł w swoim czasie poważną i rozważną kindersztubę. Ale nie przeszedł, bo nie tak dawno temu i rodzice i dziadkowie, jakby o tym zapomnieli. Nauczyciele zresztą też. Niby to nie ich wina. Konsekwentnie i nieubłaganie są pozbawiani samodzielności, ktoś ich (kto?) stale wyręcza komponując dyrektywy, kodeksy i inne takie.
|
|
Więcej…
|
|
Sosnowiec według „Korzeńca” |
|
Traktując powieść „Korzeniec” Zbigniewa Białasa, jako informator na temat Sosnowca sprzed niemal stu lat, można pokusić się o historyczno-topograficzny mini przewodnik po mieście i wybrać się na spacer śladami jego bohaterów. Wędrówkę zaczynamy od ulicy Żytniej. Jest to urokliwa uliczka z licznymi knajpkami i sklepikami na sosnowieckiej Pogoni. Pod numerem 16 mieści się dom, który w posadzkę klatki schodowej wmurowany ma kafelek z napisem „A. Korzeniec Sosnowice”. To właśnie ta płytka stała się impulsem do napisania powieści. Alojzy Korzeniec po ukończeniu posadzki przemieszcza się na pobliską ulicę Orlą i stąd odjeżdża dorożką. Do Orlej dojdziemy w kilka minut. Z Orlej skręcamy w ulicę Żeromskiego. Dietlowie założyli tu w końcu XIX wieku fabrykę wełny czesankowej, po wojnie znanej jako Politex. Zbudowali też cały zespół patronacki z parkiem, fabryką, osiedlem robotniczym, szkołą oraz kościołem ewangelickim. Rodzina w znaczący sposób wpłynęła na rozwój miasta. Neoromantyczny park, gdzie beztrosko spędzają czas powieściowi fabrykanci, początkowo otoczony był murem. Park udostępniono w 1945 roku, a wkrótce wybudowano na jego terenie pływalnię i halę sportową. Posiada on sześćdziesiąt gatunków krzewów i drzew, z czego kilka to pomniki przyrody. Uroku temu miejscu dodaje staw oraz glorieta zwana „Świątynią dumania” lub „Świątynią Sybilli”, która niestety popadła w ruinę. Na skraju parku króluje Pałac Dietlów. Rodzina mieszkała w nim aż do końca II wojny światowej, a później na blisko pół wieku ulokowano tu Państwową Szkołę Muzyczną. Od kilku lat rezydencja jest w prywatnych rękach i powoli odzyskuje dawny blask. Godne podziwu jest wnętrze pałacu urządzone w różnych stylach: sala balowa i buduar w stylu neorokokowym, eklektyczny pokój fajkowy, neobarokowa jadalnia i gabinet, klasycystyczny salon, a ponadto (jedyny taki w Polsce) pokój kąpielowy, który można było oglądać w melodramacie „Między ustami a brzegiem pucharu” Karola Chodury i Zbigniewa Kuźmińskiego. Powieść Białasa ukazuje nam kilka scen pałacowego życia.
|
|
Więcej…
|
|
|